środa, 22 lipca 2015

Pogawędka o romansidłach.

Hej.
Dziś post na luzie, moje rozkminy.
Ogladałam wiele romansideł i moge stwierdzić, że czesto kończa się niezbyt przyjemnie. Szczerze mówiąc, na poczatku filmu zakładam, ze albo będą razem albo ktoś zginie.
To już taka monotonność melodramatów. Melo i dramat. Coś dramatycznie dramatycznego musi się stać. Czemu aż tak dużo tych filmów? Czy my chcemy to oglądać ? Dlaczego? Czytaj dalej.
Miłość... Wszechobecne uczucie... Dwoje ludzi, chwile uniesień, romantyzm w czystej postaci. Albo mamy już drugą połówkę i oglądamy bo... lubimy, albo jesteśmy samotni i chcemy pomarzyć.
Wiem jak to jest być samotnym, bez prawdziwej miłości... Oglądałam te romansidła, płakałam z ich szczęscia w połowie filmu...
A na koniec co ? Beczałam bo ktoś umarł i myslałam "Kierwa, to takie realnia czy co ?", "Jak się zakocham to też będę ciarpiała?"
I potem kolejne romansidło... Fantastyczny poczatek i... śmierć, tragedia. Kurde.
Czemu nie wykończy ich choroba weneryczna? Widzowie by się uczyli zakładać kondomki.
A tak to uczą się... Hmmm. Ale czego?
Chyba tego, że życie nie zawsze jest piękne, że się cierpi. Tylko że w tych filmach mało kto cierpi bo jest tysiące kilometrow od ukochanej osoby... A to zdarza sie w realnym świecie.
Rozstania, jakies traumatyczne zdarzenia.
Szkoda, że w filmach o miłości jest tak mało realizmu. Szkoda, że ludzie nie kłócą się tam bo naczynia nie pozmywane, bo skarpetki turlają się po podłodze. Jak się pokłócą to już na amen. A mogłaby być scena kłótni o skarpetki męża, a żona by mu wybaczyła i powiedziała "Kochanie, zdarza się"
Albo lubię to, gdy spotkają się po 20 latach i zaraz wskakują sobie do łóżka. Ale ja nieładnie pisze...
Czego uczą nas jeszcze takie filmy  ?
Może tego, że przeznaczenie istnieje, że warto drugiej połówki szukać blisko, ewentualnie ona sama nas znajdzie. Idziemy sobie ulica... tup tup. Przypadkiem niesiemy styrte encyklopedii i wpadamy na potencjalnego ukochanego/ukochaną. Ważące tonę encyklopedie wznoszą się do góry. Napotkana osoba zostaje nimi zmasakrowana. Leży nieprzytomna... Pierwszy pocałunek w postaci sztucznego oddychania. To brzmi bardziej realnie niż zeszyciki w gorze, jeszcze facet pomoże babce... Chyba, że okaże się ciotą i powie "Jak łazisz!".
Ogólnie to się rozpisałam.
Powiem tyle: nie bierzcie pod uwagę romansideł jako idealnym zwiazków bo...eh. Czasem to aż śmieszne bo takie bajkowe.
Do następnego!

5 komentarzy:

  1. fajny post
    http://fashionbyalexandra1999.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Według mnie takie filmy też są potrzebne, bo pokazują jak wiele osób potrafi odczuwać. Niestety masz rację zbyt często już na początku wiadomo co się stanie.
    Pozdrawiam i zapraszam na http://the-sound-of-your-heart-beating.blogspot.com/2015/07/cooperation-with-cndirectcom.html

    OdpowiedzUsuń
  3. tą sytuacją z encyklopediami to mnie rozśmieszyłaś :D
    blog: optymistka. | fanpage

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla mnie takie komedie romantyczne są sposobem na odstresowanie się, obejrzenie często czegoś miłego :). A wiadomo, że w życiu codziennym tak niestety nie ma :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo mądre przemyślenia na temat romansów. Ciekawie było by obejrzeć film, w którym występują kłótnie takie jak w rzeczywistości. Nie lubię tych, w których po pierwszym spotkaniu już dochodzi do kochania się, jaki to w ogóle przykład dla społeczeństwa ;) Ale romansy lubię oglądać, zresztą czytać też i ryczeć przy nich też
    Pozdrawiam
    Zapraszam do nas:
    world-of-crazy-sisters.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń